Wspomnienie 12 - Przesmyckie Stowarzyszenie Rozwoju Gospodarczego


 Wspomnienie wojenne

           W czasie II wojny światowej miałam kilka lat – 7 – 9. Byłam bystrą dziewczynką. Rodzice nie należeli do zamożnych. Uprawiali trochę ziemi, a dziadek miał kuźnię, w której tata również pracował. Wtedy kuźnia to była ważna firma. W kuźni dziadek wykonywał podkowy, lemiesze, różne metalowe części do sprzętu rolniczego.
Czasem  zachodziłam do kuźni, żeby zarobić na cukierki. Z siłą i ciężarem kilkuletniej dziewczynki kalkowałam miechem dla utrzymania ognia na palenisku. Dziadek płacił mi jakieś grosze , które natychmiast wydawałam na cukierki. Zjadałam je szybko i znowu biegłam do kuźni dziadka pokalikować i zarobić na następną porcję cukierków.
Dziadek niejednokrotnie złościł się: „ty do smoły gorącej, ile razy dziennie będę ci dawał na cukierki…”
       „Ty do smoły gorącej” było dziadka jedynym przekleństwem. Tylko tak umiał kląć. Nie znał dzisiejszego katalogu brzydkich słów i przekleństw tak chętnie używanych nie tylko przez dorosłych ale i dzieci.
Dla ciekawości powiem, że dziadek męża posługiwał się innym słownym wyzwiskiem: „ty psia jucha…”. To były w jego ustach najbardziej obraźliwe słowa.
      Ale wracajmy do czasów okupacji. Na wsi nie było intensywnych działań wojennych, ale presja obecności okupanta była ogromna. Był czas, że Niemcy kwaterowali w nowo wybudowanym domu Jana L. Ich bliskość paraliżowała mieszkańców. Nie było wiadomo, czy coś nie zdenerwuje żołnierza niemieckiego i nie chwyci za broń. Mieliśmy „z tyłu głowy” taką obawę, strach, że w każdej chwili może zrobić nam krzywdę.
 Chociaż pamiętam sytuację, kiedy dostałam od Niemca cukierka. Siedziałam na drzewie wiśniowym i objadałam się wiśniami. Przy drodze rosło dużo drzew wiśniowych i każdy mógł z  nich korzystać. Siedząc na drzewie zobaczyłam przechodzącego Niemca. Ze ściśniętego ze strachu gardła wykrztusiłam: „Dzień dobry panu”. Uśmiechnął się, zatrzymał i … wyciągnął cukierki. On był zaskoczony moim „dzień dobry”, a jego cukierkami. Takie zachowanie okupanta było bardzo rzadkie, dlatego to dokładnie pamiętam, chociaż minęło tyle lat.
       Przez wieś, przeważnie nocą, przechodziły różne formacje wojskowe – niemieckie, ruskie, partyzanckie… Wszyscy dla nas byli groźni, bo nie wiedzieliśmy czego po nich można się spodziewać.  Często pukali do okna lub drzwi prosząc, ale najczęściej – żądając jedzenia. Ruskie sołdaty kazali dawać chleba i sała.
Każda taka „wizyta” napawała wszystkich domowników strachem. Najczęściej rozmawiała z nimi mama. Tata nie ujawniał się, bo bał się że mogą go zabrać. Mama dawała co było w domu – chleb, jajka, słoninę, czy inne produkty spożywcze. Niczym nie gardzili. Nieraz musiała oddać w nocy wszystko to, co w dzień sporządziła np. cały wypiek chleba. Ale i tak cieszyliśmy się, że tylko chleb nam zabrali, a nie domagali się kogoś z domowników.
       A zdarzyło się tak, że kuzyn przerobił na wędliny całego prosiaka. Przygotował do sprzedaży pełną komórkę wędlin. Z tego się utrzymywał. Zapewne ktoś z sąsiadów doniósł, bo w nocy przyszli przesmyccy partyzanci i zarekwirowali wszystką wędlinę. Nikt nie martwił się tym, jak rodzinę, dzieci nakarmić.
         Były okresy – szczególnie letnią porą – kiedy nocowaliśmy w lesie, z krowami. Kiedy były okresy nasilonych działań wroga – łapanki, poszukiwania zakładników – ja i moje rodzeństwo /10 lat starsza siostra i 6 lat starszy brat/ nocowaliśmy w okopie. Tata na pobliskim polu, przy ciarkach zrobił wykop i tam spaliśmy. Na straży domowej najczęściej stała mama. Chroniła dzieci, bo były małe, i chroniła męża, bo był narażony na zabranie. Starsze kobiety nie były tak potrzebne okupantowi, jak mężczyźni, których mogli wykorzystywać do różnych ciężkich prac.
        Pewnej nocy zbrojna konna ekipa domagała się, aby tata wskazał im drogę do Bugu. Kazali ubrać się, wziąć konia i zaprowadzić do rzeki. To był duży oddział konny, ale nie wiedzieliśmy jaka to formacja – wojsko polskie czy partyzanci. Podczas konnej jazdy w kierunku Bugu jeden z uczestników po cichu przekazał tacie informację, żeby się ratował – zwolnił tempo, pozostał w tyle i  aby w lesie „urwał się”. Mówił tacie, że jak zajadą do Bugu to będzie zastrzelony, że niejednokrotnie tak robili. Przewodnik był już niepotrzebny, to go zabijali, żeby nikomu nie zdradził bytności i kierunku przemieszczania się oddziału.
Tata przerażony tą perspektywą, w lesie wycofał się. Klucząc wrócił do domu.  Uratował się dzięki jednemu z wojskowych, któremu zapewne nie podobała się praktyka zabijania niepotrzebnych już przewodników. Tata całe życie wspominał dobrego, życzliwego nieznajomego, który przestrzegł go i uratował mu życie.

wspomnienie anonimowe



POWRÓT DO WSPOMNIEŃ