Wspomnienie 15 - Przesmyckie Stowarzyszenie Rozwoju Gospodarczego


    Mieszkaniec gminy Przesmyki dzisiaj ma 82 lata. Wspomina swoje przeżycia z czasu kiedy miał kilka lat. Wspomina lata wojenne. Bardzo głęboko zapadły w pamięci małego wówczas chłopca, wydarzenia sprzed 75 lat. Chętnie o tym opowiada, o swoich przeżyciach i przeżyciach bliskich mu osób, sąsiadów, kolegów, znajomych. Śmierć każdego znajomego ze wsi, wyryła w pamięci dziecka głęboki ślad. I o tych „śladach”, wojennych epizodach, odpryskach wydarzeń mówi tak:

     W czasie II wojny światowej we wsi mieszkali „obcy”, wysiedleni z północnych terenów Polski, z Pomorza. Obcy mieszkali w co drugim domu, przez cały okres wojenny. Była to rodzina krawca, lekarki –ginekologa, szewca i in. Wtopili się w krajobraz wsi, a swoją pracą zarabiali na życie. Najważniejszy był szewc, bo ze starych zniszczonych butów robił nowe. Zniszczone podeszwy wymieniał na podeszwy z drewna, stąd nazwa „drewniaki”. Cholewki butów tak szybko się nie niszczyły. Drewniaki bardzo hałasowały, ale drewniane podeszwy nie przewodziły zimna. Wiele osób korzystało z pomocy szewca.

         Największą uciechę z najemców miały miejscowe dzieci, bo przyjechały równolatki, było się z kim bawić, a dzieci ’z Pomorza” przywiozły inne zabawy, nowe rozrywki, nowe pomysły na zabawę.

          W czasie wojny każdy rolnik miał nałożony tzw. kontyngent – obowiązek cyklicznej dostawy dla Niemców określonych ilości produktów rolnych: żywca, mleka, masła, jaj, ziemniaków itp. W Mordach znajdowała się siedziba biura niemieckiego, które pilnowało terminowości tych dostaw. W praktyce odbywało się to w ten sposób, że Niemcy z sołtysem chodzili do każdego gospodarstwa, wybierali najładniejsze okazy świń czy bydła, kolczykowali je. Zaznaczali, które sztuki mają być przeznaczone na niemiecki kontyngent, do niemieckiej stołówki. Kontyngent ściągany był od wszystkich chłopów w sposób kategoryczny i represyjny. W razie braku terminowej dostawy, niemieccy żołnierze przyjeżdżali do gospodarstwa, bili chłopów, strzelali do nich, wywozili do Niemiec.

Zdarzyło się, że ojciec mego rozmówcy przełożył kolczyk ze świni dobrze utuczonej na inną – mniejszą. Przyjechał Niemiec na kontrolę, sprawdzić jak świnka rośnie i czy już jest dobrze utuczona. Zdziwił się widząc, że świnia jest mała – nie urosła jak powinna. Wydał dyspozycję „zabić”. Mój rozmówca – kilkuletni wówczas chłopczyk zrozumiał, że padł rozkaz zabicia ojca. Narobił krzyku i płaczu, że „tatę będą zabijać”. Dopiero tłumacz wyjaśnił mu, że ma być zabita świnia, która nie rośnie jak trzeba, bo pewnie jest chora. Wszyscy odetchnęli z ulgą.

         Wiejskie dzieci podczas wojny miały poważne zadanie – obowiązek stania na czatach i informowania starszych mieszkańców wsi czy niemcy nie jadą do wsi, co robią, czy już wieś opuszczają itp. Dzieci były małymi zwiadowcami. W porę powiadomieni np. osoby zagrożone wywózką do Niemiec, czy osoby ukrywające się – miały czas ukryć się, a po wyjeździe Niemców – bezpiecznie wrócić do swych domów.

         Niemcy specjalnie rzucali granaty, a dzieci ciekawe wszystkiego, brały je i bawiły się nimi. Zdarzyło się, że podczas takiej zabawy granat wybuchł. Chłopaka przynieśli na derce, był porozrywany. Drugi chłopak i dziewczynka mieli okaleczone ręce . Miejscowy lekarz opatrzył poranione dzieci.

Ten sam lekarz po wielu latach po wojnie przyjechał do wsi zobaczyć ratowane przez siebie dzieci. Zdziwiony był, że odłamki granatu pozostały w ciele, nikt je nie usunął.  

         Janek P. mieszkał z matką. Był młodym człowiekiem. Nie miał szczęścia, bo pewnego razu wytypowany został na roboty do Niemiec. Decyzja ta była dla niego i jego matki nieszczęściem. Kto zaopiekuje się starą matką, kto jej pomoże jeśli on będzie musiał wyjechać. Dlatego znaleźli sposób na uniknięcie wyjazdu - zwrócili się do najemnika, osoby która za odpowiednią kasę, załatwiała ucieczkę z transportu. Wszystko było ustalone – wysokość zapłaty, termin. Ale prawdopodobnie ktoś doniósł niemcom o ich zamiarze, bo niemieccy oprawcy wybrali się do wsi rozprawić się z Jankiem i jego matką. O tym fakcie wiedział Wójt "Oleś" /Aleksander Łęczycki/ i ostrzegł Janka, że niemcy wybierają się po niego i matkę. Obydwoje uciekli z domu. Kiedy niemieccy żołnierze przyjechali po nich zastali dom pusty. Fakt ten chyba bardzo niemców rozsierdził, bo budynek zniszczyli, zrównali z ziemią. Ciekawskim powiedzieli, że w domu nikt nie mieszka więc nikomu nie jest potrzebny.

Po jakimś czasie Janek z matką wrócił do wsi, ale zastali dom zniszczony, nie nadający się ani do remontu, ani do odbudowy. Nie mieli gdzie mieszkać. Przygarnęli ich sąsiedzi. Po wojnie Janek zgłosił się do ówczesnych władz o rekompensatę za dom zniszczony przez Niemców. Otrzymali za darmo drewniane bale na budowę nowego domu.

       Gdy wojna się zaczęła siostra mego rozmówcy miała 16 lat. Rodzice umieścili ją w Warszawie u wujostwa licząc na to, że w Warszawie bezpieczniej i lepsza perspektywa życia niż na wsi. Zamieszkała więc u wuja, który był szewcem. Pewnego razu niemcy otoczyli kilka kamienic i podczas tej łapanki zabrali między innymi siostrę, wuja i syna wuja. Wszystkich trzymali przez 4 dni w kościele przygotowując transport do niemiec. Mój rozmówca nie pamięta do jakiego miasta zostali przywiezieni, ale tam właśnie wszyscy zostali wystawieni „na ogląd”. Niemieccy bauerzy przyjeżdżali i dobierali sobie ludzi do roboty w gospodarstwach.

Siostrę wybrał niemiecki gospodarz do pracy w gospodarstwie rolnym. Pracowała ciężko, ale że była skromna i pracowita szybko zdobyła sympatię gospodyni i przyjaźń córki gospodarzy. Traktowali ją jak córkę, mówili, że mają dwie córki – rodzoną i polską.  

          Po wojnie niemieccy gospodarze pomogli siostrze wrócić do Polski – do domu. Po kilku latach przyjechali do Polski odwiedzić siostrę. Spotkali się w Warszawie, gdzie długo wspominali wojenne czasy wspólnie spędzone w Niemczech.

Obecnie siostra ma ponad 90 lat.

Wywiezieni na przymusowe roboty wujek i jego syn nie mieli tyle szczęścia. W krótkim czasie trafili do obozu jenieckiego w Dachau i tam zginęli.

        Innych czterech Polaków pracowało na przymusowych robotach w Niemczech w gospodarstwie rolnym Niemca, który był grekokatolikiem. Był to człowiek głębokiej wiary. W niedziele nie pozwalał swoim przymusowym robotnikom pracować. Wiara katolicka nie pozwalała pracować w niedziele i święta, i on tą zasadę sam przestrzegał i kazał innym przestrzegać. Rzadko zdarzało się, żeby niemiecki gospodarz szanował wiarę swoich jeńców.

         W lesie młodzi chłopcy pędzili bimber. Był to wówczas normalny sposób pozyskiwania alkoholu. Bimber pędzony był ze zboża, ziemniaków. We wsiach prawie wszyscy w różnych miejscach i w różny sposób pędzili bimber – swojską okowitę. Nie wiadomo dlaczego niemcy otoczyli las, w którym kawalerka z Łęczyck pędziła samogon. Domyślano się, że ktoś złośliwy doniósł Niemcom. Trzech chłopaków w wieku 19 – 20 i jednego mężczyznę już w starszym wieku niemcy zabili bez litości. Potem przyjechali do sołtysa wsi i kazali mu zabitych pochować. Przy tym znęcali się nad sołtysem, bili go domagając się aby wydał rodziny zabitych mężczyzn. Sołtys kategorycznie twierdził że to samotni ludzie bez rodzin. Tym sposobem uchronił rodziny zabitych od represji. Wszystkich czterech zabitych, sołtys pochował w jednym grobie na cmentarzu w Przesmykach. Dopiero po wojnie rodzina jednego z zabitych chłopaków przeniosła jego ciało do rodzinnego grobowca.

         Najtrudniejszy czas był wtedy, kiedy Niemcy „szykowali się na ruskich”. Całe podwórka zajęte były namiotami, kuchniami i innym sprzętem. Niemców wspomagali „Madziary” i głównie oni tutaj przebywali. Linia frontu była ruchoma, raz niemcy gnali ruskich, a później odwrotnie – ruscy gnali niemców. Najważniejsza linia frontu to Zawady – Sokołów. W między czasie samoloty na spadochronach spuszczali sprzęt wojenny, broń. Dla wszystkich mieszkańców wsi ten czas był bardzo trudny, w okopach po 2 – 3 rodziny ukrywało się, czekając na przejście frontu.

         Po wojnie nowa władza wprowadzała nowe rządy. Każdy mieszkaniec miał obowiązek uczestniczyć w zebraniach. Biednym rolnikom nadawano po 2 hektary, a kułaków niszczono, domagając się wysokich obowiązkowych dostaw.

         W sąsiedztwie mieszkała Filomena G. właścicielka dużego gospodarstwa. Mąż był wójtem i nie miał czasu ani ochoty zajmować się gospodarstwem. Mieli dworek w dwóch miejscowościach. On przebywał w innej wsi, a ona sama walczyła z ruskimi o swoje gospodarstwo. Przychodzili ruscy, zamykali ją w komórce i plądrowali zabudowania, dworek. Brali co chcieli. Po jakimś czasie budynki gospodarcze spalili, a kobieta została bez niczego.

        Po wielu latach ziemia po Filomenie G. figurowała w rejestrach geodezyjnych, jako grunty przejęte na Skarb Państwa za zadłużenia. Filomena zmarła, a grunty jako państwowe, odkupił jeden z miejscowych rolników. Filomena G. zawsze mówiła, że nie bała się tak Niemców, jak ruskich. Z Niemcami można było rozmawiać patrząc im w oczy, natomiast nowa ruska władza była bezwzględna.